piątek, 20 lipca 2012

Wszystko w pakietach

Polski operator zasiedziały i największy operator alternatywny mają ten sam problem. Wyraźniej odczuwają, że rynek stacjonarnego szerokopasmowego internetu rośnie coraz wolniej, a ich udział w przyroście systematycznie się zmniejsza. Obaj szukają sposobu na to, by przełamać złą passę.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200W I kwartale 2012 r. udział grupy Telekomunikacja Polska we wzroście rynku stacjonarnego szybkiego internetu wyniósł tylko 2,5%. W ubiegłym roku, który także nie był najlepszy dla największego w Polsce dostawcy łączy internetowych, wynosił średnio 15% kwartalnie. Nie lepiej jest w przypadku grupy Netia w jej obecnym kształcie. W I kwartale miała 1-proc. udział we wzroście liczby łączy, podczas gdy w 2011 roku średnio kwartalnie było to prawie 15%.

Mobilny zamiast stacjonarnego


O tym, że tempo wzrostu internetowego rynku hamuje, wiadomo od czterech lat. Najpierw spowolnienie tłumaczone było skutkami kryzysu finansowego z 2008 r. W połowie 2009 r. gospodarka na nowo ruszyła, ale powrót do szybkiego wzrostu liczby łączy nie nastąpił. I to mimo tego, że penetracja internetu liczona czy to w stosunku do liczby mieszkańców, czy to do gospodarstw domowych, jest w Polsce niska.


Ostatnie trzy lata były okresem internetowych żniw operatorów komórkowych, i to oni odbierali potencjalnych klientów tradycyjnym telekomom. To dzięki sieciom komórkowym internet mogą mieć ci, którzy są poza zasięgiem sieci telefonicznych i telewizji kablowych, a także ci, którzy uznali, że nie muszą mieć stacjonarnego internetu, skoro mają internet mobilny. Mobilny internet jest też swego rodzaju modą, szczególnie wśród młodych ludzi. A stał się nią, gdy dzięki wywołanej w połowie 2008 r. przez P4, operatora sieci Play, wojnie cenowej miesięczny koszt abonamentu spadł do rozsądnego poziomu. W efekcie od końca 2008 r. liczba modemów działających w sieciach komórkowych wzrosła - według szacunków autora - o ok. 1,5 mln do ok. 3,2 mln na koniec 2011 r. W tym czasie liczba stacjonarnych łączy zwiększyła się także o ok. 1,5 mln.


Kablówki kontra telekomy


Nim dzięki decyzjom regulatora umożliwiono operatorom alternatywnym najpierw świadczenie klientom TP usług dostępu do internetu z wykorzystaniem BSA (hurtowy zakup usługi od operatora zasiedziałego), a potem LLU (dzierżawa od operatora zasiedziałego ostatniej mili, czyli odcinka sieci od centrali do gniazda w domu klienta), udział TP w rynku nowych podłączeń zbliżał się do 2/3. Potem systematycznie spadał.
Głównym beneficjentem liberalizacji rynku okazała się Netia, która w szczytowym okresie zdobywała co trzeciego nowego klienta internetu. Ale i to się skończyło. Od 2010 r. udział Netii w rynku nowych użytkowników stacjonarnego internetu także spada.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200Kto więc zyskuje? Ze statystyk wynika, że są to operatorzy telewizji kablowych. W ostatnich trzech kwartałach ich udział w rynku nowych podłączeń przekroczył 50%. Wcześniej mieli - w zależności od kwartału - od jednej piątej do jednej trzeciej rynku.

"Połowa klientów, którzy rezygnują z naszych usług, przechodzi do operatorów telewizji kablowej" - przyznaje Mirosław Godlewski, prezes Netii.


Już nie tylko cena


W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy okazało się, że dotychczasowy arsenał środków i technik stosowanych przez operatorów stacjonarnych przestał wystarczać do zdobywania nowych klientów internetu.
Przez kilka lat w drugiej połowie ubiegłej dekady o tym, kto pozyskał nowego klienta internetu, decydowała nie tylko możliwość świadczenia usługi przez tego czy innego operatora, ale także cena. Ten, kto oferował taniej łącze 512 kb/s, czy też 1 Mb/s zdobywał kolejnego użytkownika. W walce cenowej, dzięki narzuconej przez regulatora regule ustalania ceny hurtowej na zasadzie retail minus (czyli z upustem 51% od ceny detalicznej), liderem była Netia. Zawsze była w stanie zaoferować troszkę niższą cenę niż TP.


Przez wiele miesięcy operatorzy telekomunikacyjni zdobywali głównie klientów najwolniejszych, a tym samym najtańszych łączy. Szybsze łącza, a więc te od 6 Mb/s, były stosunkowo drogie, a poza tym stan sieci TP długo uniemożliwiał oferowanie klientom większych prędkości.


Tę sytuację w największych miastach, a więc tam, gdzie było najwięcej potencjalnych klientów internetu, wykorzystały telewizje kablowe. Setki milionów złotych wydanych przez nie na zmodernizowanie swoich sieci do standardu DOCSIS 3.0 zaowocowały możliwością oferowania łączy o prędkościach do 100-150 Mb/s. Na dodatek cena takiego łącza była taka, jak kilkukrotnie wolniejszego w TP czy Netii.


Jak przyznaje Simon Boyd, prezes UPC Polska, internet sprzedawał wówczas inne usługi operatorów kablowych. Klienci mając do wyboru między TP, operatorami oferującymi usługi z wykorzystaniem BSA i sieciami kablowymi, wybierali tego, który oferował największą prędkość internetu w akceptowalnej cenie. By wykorzystać tę przewagę, kablówki zaczęły oferować pakiety usług zawierające internet, telewizję i usługi telefoniczne. Przy okazji zachęcały do ewentualnego przeniesienia numeru z sieci TP do własnej. Efekty tych działań widać w liczbie użytkowników poszczególnych usług sieci kablowych. W UPC na 100 klientów telewizji przypada 60 użytkowników internetu i 30 klientów usług telefonicznych. W innych dużych sieciach kablowych proporcje są podobne.


Liczy się telewizja


W ostatnich miesiącach doszło do kolejnej zmiany na rynku. Jak zgodnie przyznają Simon Boyd, szef UPC i Mirosław Godlewski, prezes Netii, to telewizja zaczęła sprzedawać internet. Klient wybierając dostawcę internetu zaczął patrzeć, kto ma lepszą i ciekawszą ofertę telewizyjną. Tu nadal wygrywają telewizje kablowe.


TP stosunkowo wcześnie, bo w IV kwartale 2006 r. zaczęła sprzedawać - w pakiecie z internetem - usługi telewizyjne w technologii IPTV, ale ze względu na stan sieci mogła je oferować tylko niektórym klientom. Dlatego w końcu 2008 r. uruchomiła sprzedaż usług telewizji satelitarnej. To pozwoliło wyraźnie zwiększyć tempo wzrostu liczby klientów telewizji. Dziś na 100 użytkowników internetu przypada 28 klientów telewizji, w tym pięciu IPTV.


Telewizja w Netii dopiero raczkuje. Firma po zakończeniu trwających 7 miesięcy testów konsumenckich od czerwca 2012 zaczęła oferować komercyjne usługi. W końcu 2011 r. korzystało z nich niespełna 5,2 tys. klientów Netii. Późne wejście Netii na rynek oferowania telewizji to efekt nieudanego romansu z telewizją N. W 2009 r. obie firmy poinformowały o współpracy, ale ostatecznie nic z niej nie wyszło.
Nieźle na rynku telewizji radziła sobie Telefonia Dialog przejęta w końcu 2011 r. przez Netię. Firma usługi IPTV wprowadziła w 2008 roku i w chwili przejęcia na 100 użytkowników usług internetowych świadczonych z wykorzystaniem własnej sieci miała 29 klientów telewizji IPTV. Tak wysoki procent użytkowników IPTV Dialog osiągnął m.in. dzięki temu, że ma nowoczesną sieć.


Na koniec I kwartału 2012 roku grupa Netia, a więc Netia i Dialog, miała w sumie 53,9 tys. klientów IPTV, co oznacza, że na 100 internautów, którym świadczono usługi z wykorzystaniem własnej sieci lub LLU przypadało dziewięciu klientów telewizji. Mirosław Godlewski, prezes Netii, podkreśla, że telewizja jest bardzo ważna dla firmy.


"W ostatnim czasie położyliśmy duży nacisk na budowę kompetencji w zakresie TV. Do zespołu, oprócz doświadczonych ekspertów z Dialogu, dołączyło również kilku znakomitych menedżerów z wieloletnim doświadczeniem w wiodących sieciach kablowych, w tym Mirosław Suszek, nowy członek zarządu Netii, a wcześniej dyrektor ds. operacyjnych UPC Polska" - mówi prezes Godlewski.


Sieć dla wideo


By móc oferować telewizję IPTV, operatorzy muszą mieć szybkie łącza. W końcu 2011 r. w zasięgu IPTV grupy Netia było 476 tys. gospodarstw domowych. W tym ich liczba ma wzrosnąć do 926 tys. W TP ok. 80% łączy daje możliwość świadczenia usług IPTV.


Sama telewizja to jednak za mało, by teraz zdobyć i utrzymać klienta. Operatorzy kablowi kuszą pakietami trzech usług - internet, telefon, telewizja - dodając przy tym także usługi wideo na żądanie (VoD), możliwość nagrywania programów (PVR) oraz telewizję wysokiej rozdzielczości (HD), a niektórzy także usługi komórkowe. Operatorzy stacjonarni nie mają wyjścia i muszą pójść śladem kablarzy.


Kolejnym etapem sprzedawania usług w pakietach jest włączenie do niego telewizji na tzw. trzeci i czwarty ekran, czyli smartfon i tablet oraz usług komórkowych. Netia, podobnie jak kilku operatorów kablowych - m.in. Toya i Vectra - zaoferowała klientem dostęp do zasobów filmowych telewizji HBO z wykorzystaniem usługi HBO GO, która jest dostępna jako aplikacja na smartfony i tablety. TP wprowadza własną wersję telewizji mobilnej - Telewizja Tu i Tam. I HBO GO, i Telewizja Tu i Tam działają na zasadzie streamingu, a więc aby z niej skorzystać, niezbędny jest dostęp do internetu czy to mobilnego, czy to stacjonarnego (z wykorzystaniem WiFi).
Ofertę telewizyjną na trzeci i czwarty ekran szykuje także grupa telekomunikacyjna Zygmunta Solorza-Żaka. Wykorzystuje przy tym telewizję cyfrową w technologii DVB-H, a skorzystanie z oferty wymaga nie tylko posiadania smartfonu i/lub tabletu z zainstalowaną odpowiednią aplikacją, ale także przenośnego dekodera DVB-H wyposażonego w WiFi. Dzięki takiemu rozwiązaniu użytkownik mobilnej telewizji nie obciąża łącza internetowego. Wadą jest ciągle ograniczony zasięg dostępności usługi.


I grupa TP, i grupa Netia, a także operatorzy kablowi oferują w pakiecie również usługi telefonii komórkowej. Przewaga TP w tak skonstruowanych pakietach jest bezsprzeczna, choćby ze względu na wielkość bazy klientów. Wzrosty liczby klientów komórkowych, jakie odnotowała Telefonia Dialog jeszcze jako samodzielny operator, pokazują, że dobrze przygotowana oferta mobilna może znaleźć klientów. Jak pokazuje przykład Cyfrowego Polsatu, który zaczyna wycofywać się z oferowania usług telefonii komórkowej, istotne jest tempo wzrostu bazy. Bez tego telefon komórkowy w pakiecie nie opłaci się operatorowi.

Zarabianie na aplikacjach mobilnych

Dynamicznie rozwijającym się rynkiem są aplikacje mobilne. Na początku dominował AppStore, udostępniający oprogramowanie na iPhone’a i iPada. Obecnie liczą się także Android i Windows Phone.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200Aby w pełni zrozumieć zależności panujące na rynku aplikacji mobilnych, trzeba wziąć pod uwagę szereg elementów go tworzących. Oprócz użytkowników, których gusta bywają kapryśne, a wybór aplikacji niekoniecznie oczywisty, należy wziąć pod uwagę także sposoby skutecznej monetyzacji produktów i popularność platformy, na jaką zostanie stworzony program.

Aplikacje płatne


Najbardziej oczywistym sposobem zarabiania na aplikacji jest udostępnienie jej za opłatą. Zaawansowane i rozbudowane aplikacje mobilne można nabyć po różnych cenach, które zależą między innymi od funkcji, jakie ma spełniać dana aplikacja. Najdroższe programy można nabyć za 200 USD, najtańsze kosztują ok. złotówki. Za 472 zł można stać się właścicielem programu pcMapper DB, który jest narzędziem do wprowadzania danych do Systemu Informacji Geograficznej i oferuje wiele rozbudowanych funkcji.
Rozmaite programy do ochrony danych zawartych lub mobilne antywirusy mogą kosztować nawet 100 zł. W wypadku niektórych subskrypcję trzeba odnawiać co roku. Najczęściej ceny tych programów oscylują jednak wokół 30-40 zł. Większość producentów oferuje darmowy okres próbny.


Wiele programów kosztuje poniżej 10 zł i są one zazwyczaj rozwiniętymi wersjami aplikacji dostępnych za darmo.


Aplikacje darmowe - z reklamami


Kolejnym sposobem monetyzowania aplikacji jest udostępnienie jej użytkownikowi za darmo w zamian za oglądanie reklam.
Zaletą tego podejścia jest udostępnienie aplikacji bez opłat, co zachęca użytkowników do ściągnięcia jej i używania. Wadą jest znacznie bardziej skomplikowany sposób zarabiania, który bez odpowiedniej bazy użytkowników uniemożliwia zyski. Ustalenie wysokości przychodów z reklam jest trudnym zajęciem, gdyż - podobnie jak w wypadku google ad-words - jest to rynek dynamiczny, a na stawki za każde kliknięcie ma wpływ wiele czynników, takich jak specyfika aplikacji, rynek docelowy czy aktualne zainteresowanie aplikacją.


Google oraz Apple mają własne sieci reklamowe - odpowiednio adMob na Androida i iAd na urządzenia z systemem iOS. Dostępne są także rozwiązania pozwalające łączyć powyższe sieci, takie jak adWhirl.


Sprytne rozmieszczenie reklam pozwala zarobić więcej. Najpopularniejsza mobilna gra Angry Birds ma reklamy umieszczone w miejscu, które, choć nie utrudnia gry, to często zasłania fragment planszy, w który trzeba trafić. Może to skłonić graczy do zakupu, bo pozbawiona reklam wersja kosztuje tylko ok. 3 zł.


Freemium - dopłać za dodatki


Jak sama nazwa wskazuje, freemium są to aplikacje darmowe, które pozwalają na zakup rozszerzonej wersji. Aplikacje freemium dzielą się na dwie grupy - wersje demonstracyjne oraz poszerzone. W wypadku tych pierwszych aplikacja darmowa jest tylko demonstracją potencjału programu.


Aplikacje poszerzone w modelu freemium zapewniają rozsądną funkcjonalność, zaś za opłatą można dokupić dodatkowe możliwości lub wtyczki. Sztandarowym przykładem tego modelu zarabiania jest Endomondo Sports Tracker w wersji PRO, która znajduje się w pierwszej piątce najbardziej dochodowych aplikacji w sklepie Google Play. Darmowa wersja oferuje sporą funkcjonalność, w tym publikowanie swoich wyników sportowych na Facebooku, przygotowywanie sportowej listy utworów muzycznych i prowadzenie dziennika treningowego. Wersja pro za 12 zł zawiera gotowe modele treningów oraz pozwala publikować wykresy zawierające tętno. Zawarty jest także trener audio, który na bieżąco informuje o spalanych kaloriach lub przebiegniętym dystansie. W poszerzonej aplikacji notatnika wersja premium może być wyposażona w słownik. Aplikacja do odczytywania załączników w e-mailu jest poszerzana o nowe formaty.


Mikropłatności - grosz do grosza


W rankingu najbardziej dochodowych aplikacji w Google Play znajdują się także gry - Defender II oraz Wioska Smurfów, obie darmowe, lecz czerpiące ogromne korzyści z mikropłatności realizowanych w grze. Na potędze tego modelu zarabiania zbudowana została firma Zynga ze swoim flagowym produktem - FarmVille. Użytkownicy uzyskują dostęp do pełnowartościowej gry, jednak za drobną opłatą mogą uzyskać dodatki, które pozwolą im zyskać przewagę.
Wiele gier realizuje model pay for money, gdzie użytkownik za realne pieniądze może kupić wirtualną walutę, za pomocą której realizowane są płatności i na przykład za trzy realne złotówki wpłacone SMS-em może kupić sobie miecz, który zapewni mu zwycięstwo we wszystkich pojedynkach ze znajomymi.


Aplikacje zlecone


Spośród aplikacji dostępnych w Google Play i AppStore są tysiące programów odpowiedzialnych za obsługę np. poczty internetowej, Allegro czy Onetu. W tym wypadku developer zarabia na napisaniu aplikacji dla konkretnego podmiotu gospodarczego, zaś firma ma inne źródła przychodu (reklamy na portalu, prowizje, sprzedaż internetową), które są znacznie bardziej dochodowe niż ewentualne płatności w aplikacjach. Bardziej się opłaca udostępnić aplikacje za darmo i bez reklam, niż zniechęcać użytkowników do ich zainstalowania.

Liczy się pomysł, funkcje i specyficzna niszaNajlepiej zarabiające aplikacje pokazują, że aby stworzyć dochodowy program, potrzebna jest przede wszystkim dobra nisza. Na szczycie najpopularniejszych płatnych aplikacji znajdują się w tej chwili zwykłe kalambury
- program Draw Something by OMGPOP.
Wykonanie i obsługa jest prosta, ważna jest w tym wypadku tak zwana grywalność, czyli chęć użytkownika do kontynuowania lub rozpoczęcia rozgrywki.
Fakt, że najlepsze są aplikacje proste, nie równa się konkluzji, że prostackie. Za dobrym pomysłem i prostotą obsługi powinna iść ergonomia i jakość wykonania. Angry Birds, najpopularniejsza gra mobilna, mimo prostych założeń i zasad jest wykonana bardzo estetycznie, a stworzonym postaciom nie można odmówić uroku. Gadżety przyjmujące postać bohaterów gry można kupić w sklepach z zabawkami i elektroniką, co stanowi dodatkowy dochód dla właścicieli praw autorskich.
Ważne też, aby aplikacja wykorzystywała potencjał, jaki drzemie w nowych urządzeniach i środkach do kontroli - ekranie dotykowym, akcelerometrze itp., istotnie różniących się od spotykanych w tradycyjnych grach.

Cloud computing na fali wznoszącej

Żaden temat w ostatnim czasie nie cieszy się takim zainteresowaniem, jak rozwiązania cloud computing. Trend widać ten zarówno na świecie, jak i w Polsce.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200W 2011 IDC Polska opublikowała pierwszy raport poświęcony rynkowi chmury obliczeniowej. Wartość tych rozwiązań na tle całego rynku IT w Polsce robi może umiarkowane wrażenie, ale warto zauważyć, że polski rynek w proporcjach nie odbiega znacząco od bardziej dojrzałych rynków Europy Zachodniej czy krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Chmura to 20-25% nowych inwestycji


Warto też zauważyć, że o ile dynamika wzrostu tradycyjnego IT do roku 2015 jest jednocyfrowa, to tempo wzrostu rynku chmury obliczeniowej jest nieporównywalnie wyższe. W tym aspekcie polski rynek także nie odbiega od światowych tendencji. Według różnych szacunków, w najbliższych latach 20-25% nowych inwestycji w IT będą stanowić rozwiązania chmurowe.


Na polskim rynku obecna jest większość wiodących dostawców usług cloud computing. Ale coraz aktywniejsze są na nim też lokalne firmy IT. Cloud computing budzi też zainteresowanie operatorów telekomunikacyjnych oferujących usługi tego typu zarówno samodzielnie, jak i we współpracy z dostawcami rozwiązań IT. Ze względu na dynamiczny rozwój, ale i niedojrzałość tego rynku, trudno jeszcze wskazać liderów, ale najbliższy czas pokaże nam, kto najskuteczniej zdobywa serca i budżety polskich użytkowników.


Obawy i oczekiwania użytkowników


Oczywiście, jak każdy nowy temat, chmura także budzi wiele pytań, kontrowersji, użytkownicy mają wiele oczekiwań, ale nie mniej obaw. W przeprowadzonych przez IDC badaniach widać, że oczekują oni głównie: korzyści kosztowych, szybkiego wdrożenia i zmian w strukturze zatrudnienia. Ale tu już rysują się pierwsze różnice miedzy Europą Zachodnią a Środkową.


Nasz region zdecydowanie stawia na te właśnie korzyści związane z efektywnością działania IT, podczas gdy Europa Zachodnia dużo częściej podkreśla pozytywny wpływ chmury na zmiany modelu biznesowego, podniesienie innowacyjności czy większą elastyczność w wyborze dostawców.


Oczywiście nowe technologie, jak cloud computing, budzą też obawy. Badania pokazały, że znów obserwujemy spore różnice pomiędzy Europą Zachodnią a regionem Europy Środkowo-Wschodniej. Wszystkich najbardziej niepokoją kwestie bezpieczeństwa tych rozwiązań, regulacji prawnych wpływających na rozwój modelu "cloudowego" oraz związane z nimi wątpliwości dotyczące miejsca przechowywania danych. Jednak, o ile w opiniach przedstawicieli naszego regionu zdecydowanie przeważają te obawy, to w Europie Zachodniej są one nieco lżej podkreślane, tak jakby tam były to już problemy lepiej omówione i zrozumiane. Obawy tamtych krajów dotyczą w znacznej mierze dostępności danych, wydajności systemów i integracji z istniejącą infrastrukturą, co daje wrażenie, że kraje te są nieco dalej na drodze do adaptacji chmury.


Bariery rozwoju cloud computing


Podobnie jak w przypadku oczekiwań, Polscy użytkownicy są zgodni z ich odpowiednikami w regionie, ale też pokazują bolączki dość charakterystyczne dla naszego kraju, czyli niedostateczny rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej, bez której stosowanie rozwiązań chmurowych jest niemożliwe, a także wciąż niewystarczającą wiedzę potencjalnych użytkowników na temat nowych możliwości.


Wydaje się jednak, że pomimo obaw, potencjalne korzyści będą wystarczające, aby uczynić cloud computing najdynamiczniejszą częścią rynku IT w Polsce, podobnie jak i na świecie. Biorąc pod uwagę zmieniający się ekosystem ICT, odchodzenie od klasycznej architektury klient-serwer, stałego łącza, rosnącej dominacji mobilnych urządzeń, mobilnego dostępu do sieci i gwałtownie rosnących zasobów danych, można postawić tezę, że rozwiązania chmurowe mogą dla wielu użytkowników okazać się doskonałym sposobem na odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Pamiętać jednak należy, że każda organizacja powinna wypracować własną strategię "chmury", zaś decyzja o korzystaniu z chmury powinna być przemyślana oraz poparta wiedzą oraz doświadczeniem użytkowników i dostawców.

Nowe lokalizacje dla usług BPO/ITO

Rośnie konkurencja między polskimi miastami o inwestycje sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Do niedawna największą liczbę projektów z obszaru BPO, SSC i ITO przyciągało siedem aglomeracji - Warszawa, Kraków, Wrocław, Łódź, Poznań oraz Metropolia Silesia i Trójmiasto. Do gry powoli zaczynają wkraczać mniejsze ośrodki, takie jak Białystok, Olsztyn, Lublin, Rzeszów, Opole czy Bielsko-Biała.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200Jak wynika z raportu "Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2012", przygotowanego przez Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych w Polsce (ABSL), w kraju działa już 340 centrów usług z kapitałem zagranicznym, ulokowanych głównie w dużych miastach (choć coraz częściej także w mniejszych ośrodkach) i zatrudniających w sumie 85 000 pracowników. To o 50% więcej niż w 2009 r. Tylko w ciągu ostatniego roku przybyło 15 000 nowych miejsc pracy, a wartość sektora wzrosła o ok. 3 mld zł i dziś wynosi ok. 12 mld zł.

"Zatrudnienie w sektorze już w tym roku przekroczy 100 000 osób. Polska jest obecnie numerem jeden w Europie, czyli najlepszą i najszybciej rozwijająca się lokalizacją dla coraz bardziej zaawansowanych usług. Na świecie wyprzedzają nas tylko Indie i Chiny" - komentuje Jacek Levernes, prezes ABSL, członek zarządu HP Europa, Bliski Wschód i Afryka (EMEA), wiceprezes HP Global Business Services EMEA. "Polska jest zagłębiem wiedzy, dobrych praktyk i najwyższych standardów obsługi. Widać nas bardzo wyraźnie na globalnej mapie korporacyjnego biznesu - dodaje.


Do Polski trafia już co trzecie globalne centrum biznesowe lokowane w Europie Środkowo-Wschodniej. Co więcej, jak pokazują szacunki ABSL, centra usług biznesowych w naszym kraju odpowiadają już za niemal 40% ogólnej puli etatów w regionie CEE. Polska efektywnie konkuruje o zaawansowane projekty outsourcingowe z takimi potęgami, jak Indie czy Chiny, i jest już w pierwszej piątce najważniejszych lokalizacji na globalnej mapie usług biznesowych.


"Głównymi atutami Polski, warunkującymi jej atrakcyjność dla międzynarodowych koncernów oferujących usługi outsourcingowe są: centralna lokalizacja, członkostwo w Unii Europejskiej, atrakcyjna relacja kosztów do jakości usługi, niskie ryzyko oraz dostępność wysoko wykwalifikowanych kadr" - wyjaśnia Kinga Piecuch, członek zarządu Xerox Polska. "Wyróżniamy się również pod względem znajomości języków i choć w anglojęzycznej obsłudze nie zawsze możemy konkurować z Indiami czy Egiptem, to już w przypadku obsługi kontraktów z Niemiec oraz zleceń wymagających wielojęzykowych kompetencji znajdujemy się w zdecydowanej światowej czołówce" - dodaje.


Profil inwestycji


Najwyższą liczbę (131) stanowią centra usług biznesowych (Business Process Outsourcing - BPO) oraz informatycznych (Information Technology Outsourcing - ITO), które odpowiadają za 45% ogólnego zatrudnienia w branży. Centrów usług wspólnych (Shared Services Centers, SSC) jest 113 i zatrudniają one 35% specjalistów z sektora. Z kolei pozostałe jednostki (93) to centra badawczo-rozwojowe (Research & Development, R&D), w których pracuje 20% pracowników z branży usługowej. Polska wyróżnia się spośród innych krajów regionu szerokim spektrum obsługiwanych procesów. Zlokalizowane tutaj jednostki najczęściej świadczą usługi z zakresu księgowości i finansów (108) oraz IT (107), ale realizują również projekty z obszaru HR, zakupów, sprzedaży, marketingu, audytu, doradztwa i wielu innych. Z danych opublikowanych w raporcie ABSL wynika, że większość centrów charakteryzuje kompleksowa oferta, a z roku na rok przybywa coraz bardziej zaawansowanych usług i procesów, których wykonywanie wymaga specjalistycznej wiedzy.


"Nasi klienci, którzy zdążyli już przekonać się, o ile większą efektywność osiągają dzięki zleceniu nam swoich procesów biznesowych, przekazują nam kolejne zadania" - mówi Agnieszka Jackowska, dyrektor zarządzająca Infosys BPO Poland. "W skali całej polskiej gospodarki oznacza to, że coraz więcej kluczowych i strategicznych procesów biznesowych wielu globalnych firm jest realizowanych w Polsce. Daje to więcej miejsc pracy dla naszych specjalistów i gwarancję wzrostu jednego z coraz bardziej innowacyjnych sektorów polskiej gospodarki - dodaje.


Siedem lokalizacji wiodących


Wyróżniającymi lokalizacjami pod inwestycje z branży outsourcingowej jest aż 7 polskich aglomeracji. Są to: Warszawa, Kraków, Wrocław, Łódź, Metropolia Silesia, Trójmiasto i Poznań, gdzie znajduje się ponad 80% wszystkich centrów usług w Polsce. Najwyższą liczbę miejsc pracy generują pierwsze trzy miasta. I tak, w krakowskich centrach usług pracuje ok. 20 000 pracowników (23% ogólnego zatrudnienia w kraju), w warszawskich (17%) i wrocławskich (15%) - po 10 000 osób. W ciągu ostatnich kilku miesięcy swoją pozycję na lokalnym rynku szczególnie wzmocniły Trójmiasto i Poznań. W stolicy Wielkopolski w 2011 r. zainwestowały takie koncerny jak McKinsey & Company czy Samsung. Z kolei w Trójmieście pojawiły się Bayer, OIE Support czy Metsa Group.


O silnej pozycji największych polskich miast na inwestycyjnej mapie świata świadczą międzynarodowe rankingi. Według grupy badawczej Tholons (2012), Kraków zajmuje obecnie 11. miejsce wśród najbardziej atrakcyjnych aglomeracji outsourcingowych na świecie. Z kolei ranking European Cities and Regions of the Future, umieścił Katowice, Kraków oraz Lublin na trzech pierwszych miejscach w kategorii najlepszych strategii pozyskiwania inwestycji w Europie Wschodniej.


IT w cenie, szczególnie w Krakowie


Przez ostatnie kilka lat czołowe aglomeracje zbudowały swoją specjalizację usługową. Jak wynika z raportu ABSL, usługi IT są dostarczane przez 107 centrów z zagranicznym kapitałem, co plasuje je na drugim miejscu wśród najczęściej obsługiwanych procesów biznesowych (po usługach finansowo-księgowych i przed działalnością badawczo-rozwojową). Zdecydowanie największym udziałem podmiotów świadczących usługi informatyczne charakteryzuje się Kraków, za nim plasuje się Trójmiasto i Metropolia Silesia. Zbudowanie konkretnej specjalizacji zależało od tzw. HR pool, czyli dostępu do specjalistów o określonych kompetencjach oraz od typu uczelni przeważających w danej lokalizacji.


Jak wynika z raportu ABSL, kierunki, których absolwenci najczęściej znajdują zatrudnienie w centrach SSC, BPO/ITO oraz R&D, to obok ekonomii i administracji, informatyka oraz kierunki inżynieryjno-techniczne. Studenci tych trzech grup studiów wyższych stanowili w latach 2008-2010 średnio 34% wszystkich osób kończących polskie uczelnie. Rosnącej liczbie informatyków sprzyjały m.in. kampanie promujące kierunki ścisłe jako przyszłościowe i ułatwiające późniejszy start zawodowy. Tak wysoki odsetek absolwentów kierunków ścisłych nie pozostaje bez wpływu na specjalizację wiodących ośrodków outsourcingowych w Polsce.


Małe miasta wchodzą do gry?


W najbliższych miesiącach możemy obserwować wzmożoną konkurencję polskich miast o napływ projektów, a co za tym idzie - nowych atrakcyjnych miejsc pracy. To szansa dla mniejszych ośrodków, aby wypromować się i zaistnieć w świadomości globalnych inwestorów. Już w ostatnich miesiącach i latach można było usłyszeć o czołowych korporacjach wybierających małe i średnie miasta. Przykładowo Itella - fiński potentat z obszaru zarządzania dokumentacją finansowo-księgową - po raz drugi postawiła na Toruń i uruchomiła w mieście swoje centrum IT. Capgemini rozszerzyło listę lokalizacji o Opole, w którym powstała jednostka świadcząca usługi z obszaru outsourcingu procesów informatycznych - ITO. W Olsztynie swoje centrum usług ma Citibank, w Białymstoku zainwestowało Transition Technologies czy Intrum Justitia, w Bielsku Białej ulokował się Fiat Services, z kolei w Koninie działa Arvato Services. Na mapie centrów lokalizacji dla usług biznesowych obecność zaznaczył Lublin, gdzie swoje centra usług założyły takie firmy jak Genpact czy Telekomunikacja Polska. Również polskie firmy z sektora usług dla biznesu uważnie przyglądają się ofertom miast, także tych mniejszych. Przykładem może być Holicon, jeden z liderów polskiego rynku call/contact center. Firma ma swoje oddziały w Poznaniu i Warszawie, ale centrum usług otworzyła również w Ostrowie Wielkopolskim.


"Dla władz lokalnych liczy się każde nowe miejsce pracy, szczególnie w sytuacji, kiedy stopa bezrobocia w regionie jest wyższa niż średnia krajowa. Dlatego inwestor, który podejmie decyzję o utworzeniu swojego centrum w mniejszej miejscowości, może w większości przypadków liczyć na szerokie zaangażowanie i wsparcie decydentów w proces rekrutacji i poszukiwania odpowiedniej powierzchni biurowej w mieście czy pośredniczenia w kontakcie z potencjalnymi partnerami, takimi jak lokalne urzędy pracy lub szkoły" - wylicza Joanna Borowicz, dyrektor Departamentu Zasobów Ludzkich i Komunikacji w Holicon. "Warto również pamiętać o specyfice rynku pracy w mniejszych miejscowościach. Niższa konkurencja o kadry w naturalny sposób sprzyja obniżeniu poziomu rotacji w działających centrach oraz budowaniu trwałych relacji między pracodawcą a pracownikiem - dodaje.


Mimo że nadal większość inwestycji lokowana jest w miastach z grupy siedmiu, mniejsze ośrodki coraz odważniej promują się jako wschodzące lokalizacje dla biznesu. Wsparcie od władz centralnych zachęcających do inwestowania właśnie w mniejszych lokalizacjach, narastająca konkurencja o pracownika w miastach takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław oraz atrakcyjne koszty prowadzenia biznesu to jedne z najmocniejszych atutów małych graczy. Inwestorzy wskazują również na zaangażowanie władz lokalnych zmotywowanych w walce o nowe projekty, niezależnie od ich skali i specjalizacji.


Eksperci nie przewidują jednak przeniesienia strumienia projektów do mniejszych miast. Zgodnie z raportem ABSL, o wysokiej pozycji poszczególnych ośrodków na inwestycyjnej mapie Polski decyduje obecność silnych ośrodków akademickich, dobra infrastruktura oraz dostępność nowoczesnej powierzchni biurowej, a to domena głownie dużych aglomeracji. Mniejsi gracze mają jednak szansę na ciekawe polskie i globalne projekty. W związku z rosnącą konkurencją wśród pracodawców sektora usług w dużych miastach i stopniowego nasycania się tam rynku pracy, firmy coraz częściej będą decydować się na dywersyfikację lokalizacji - kluczowe centrum usług działające w metropolii i jednostka wspierająca lub oddział w mieście spoza grupy siedmiu aglomeracji. Aby jednak skutecznie walczyć o nowe miejsca pracy, mniejsze ośrodki powinny szczególnie zadbać o jakość transportu i połączeń z głównymi miastami oraz o powierzchnię biurową wysokiej jakości.


Tomasz Podolak jest doradcą zarządu organizacji ABSL.

Najważniejsze wyzwania polskich przedsiębiorstw

W rozwiązaniu problemów z optymalizacją kosztów, skróceniem czasu "od pomysłu do przemysłu" czy lepszym zarządzaniem relacjami z klientami pomoże wdrożenie nowoczesnych narzędzi IT. Kluczowy w realizacji tego może być wybór partnerów, którzy będą wspierać firmę w rozwoju środowiska IT.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200Rola IT we współczesnym przedsiębiorstwie nie może być postrzegana w oderwaniu od aspektów biznesowych. Kierownik IT jest dzisiaj zazwyczaj odpowiedzialny za szereg zadań związanych z aspektami IT w kluczowych projektach transformacyjnych. Istnieją wręcz organizacje, w których zespół IT nie ma własnego budżetu i każda inicjatywa IT musi pozyskać akceptację i środki budżetowe z jednostki lub jednostek biznesowych. Takie podejście jest wciąż dość kontrowersyjne, ale z pewnością zmusza IT do lepszego zrozumienia potrzeb biznesowych.

Potrzeby biznesowe polskich przedsiębiorstw są tak różnorodne jak różnorodne są branże, w których działają. Również wielkość tych organizacji determinuje rodzaj wyzwań. Niemniej jednak można pokusić się o zdefiniowanie kilku przykładowych, przed którymi stają polskie przedsiębiorstwa.


Optymalizacja kosztów


Cel ten można osiągnąć na wiele różnych sposobów. Optymalizacja być wprowadzona w życie np. za pomocą automatyzacji wybranych procesów poprzez lepsze wsparcie narzędziami IT, np. przez doinstalowanie kolejnych modułów istniejącego rozwiązania ERP, wdrożenie kompleksowego rozwiązania workflow lub Business Process Management (BPM) albo portalu korporacyjnego, który w jednym miejscu pokaże konkretnym użytkownikom listę zadań do wykonania w jakimkolwiek systemie.


Innym sposobem jest outsourcing lub multisourcing wybranych procesów biznesowych. Do tego celu może doprowadzić też optymalizacja kosztu utrzymania i rozwoju IT, np. konsolidacja wielu dużych rozwiązań IT do jednego wspólnego (takich jak systemy ERP, hurtownie danych, centra przetwarzania danych etc.), uruchomienie projektów typu konsolidacja dostawców rozwiązań.


Do optymalizacji kosztów doprowadzić mogą wdrożenie, rozbudowa, zmiana lub konsolidacja rozwiązań klasy Business Intelligence. Umożliwiają one mierzenie efektywności core-biznesu firmy poprzez zdefiniowanie właściwego zbioru kluczowych miar, ustalenie ich oczekiwanych wartości docelowych i wplecenie ich w procedury Zarządzania Przez Cele.


Wykorzystanie narzędzi klasy Business Intelligence doprowadzi też do ulepszonych procedur budżetowania i rozliczania budżetu, a także do optymalizacji procesów zakupowych, np. centralizacji zakupów.


Skrócenie czasu od pomysłu do przemysłu


Szybsze wdrażanie narzędzi IT wspierających proponowane inicjatywy biznesowe oraz wprowadzanie zmian w tych narzędziach dają w efekcie skrócenie czasu Time-To-Market.


Aby to osiągnąć, jest potrzebne właściwe zarządzanie architekturą korporacyjną, czyli koordynowanie zmian w architekturze IT, oraz podejmowanie efektywnych długoterminowych decyzji o rozwoju środowiska IT w kontekście obecnych i przyszłych potrzeb biznesowych.


Kolejnym elementem działania jest usprawnienie kompleksowego procesu zarządzania zmianą wykorzystując m.in. zastosowanie podejścia typu Lean Management i zorganizowanie Zespołów Identyfikujących Nieefektywności (Waste Busters Team) oraz przegląd regulacji wewnętrznych pod kątem ich ewentualnego uproszczenia.


Pomoże w tym także usprawnione zarządzanie portfelem projektów poprzez zastosowanie narzędzi typu Project Portfolio Management i zarządzanie efektem synergii dodanej wartości biznesowej.


Lepsze zarządzanie relacjami z klientami


Do tego z kolei celu prowadzi kolekcjonowanie za pomocą systemów informatycznych wiedzy (która często pozostaje wyłącznie w posiadaniu pojedynczego handlowca) oraz właściwa koordynacja działań w stosunku do istniejących i nowych klientów.


Można to osiągnąć przez wdrożenie, rozbudowę lub zmianę systemu klasy Customer Relationship Management (CRM), która umożliwi zarządzanie poszczególnymi relacjami z klientem i jego pracownikami oraz odgórne zarządzanie budżetami sprzedażowymi.


Potrzebne też będzie wdrożenie rozwiązań do zarządzania wiedzą i rozwiązań portalowych, ułatwiających komunikację wewnątrz organizacji oraz komunikację z partnerami wykorzystując np. rozwiązanie typu portale intranetowe/extranetowe lub xRM.


Korzyści powinno przynieść wdrożenie rozwiązań monitorujących efekty kampanii marketingowych i promocyjnych, nowej polityki cenowej etc. oraz umożliwiających tworzenie dedykowanych, niszowych analiz co-jeśli (what-if).


Chmura to na razie nisza


Na naszej liście sposobów radzenia sobie z wyzwaniami brakuje niektórych gadżetów i pomysłów, którymi obecnie pasjonuje się IT. Jak na razie w polskich warunkach nie mają one jednak wystarczającego uzasadnienia biznesowego.


Cloud computing, rozumiany jako suma usług typu SaaS, PaaS i IaaS (Software/Platform/Instrastructure as a Service), o którym pisze się w ostatnim czasie bardzo dużo, jak dotąd, ma stosunkowo małe zastosowanie w polskich warunkach. Wynika to m.in. z faktu dużego przywiązania do własności przetwarzanych danych oraz obaw przed uzależnieniem od określonego dostawcy usług IT. Choć na polskim rynku są już oferowane pewne usługi typu cloud computing, to należy je postrzegać wciąż jeszcze jako rozwiązania niszowe.


Choć takie rozwiązania, jak Sales Force (zdalne rozwiązanie CRM), Microsoft Office 365 (Office Online Service), zdalne korzystanie z wdrożeń firmy SAP, są już dobrze znane i dostępne, to polskie przedsiębiorstwa niezbyt chętnie z nich korzystają. Brak jest danych, aby jakaś firma w Polsce postawiła na rozwiązania Google jako na kluczowy element własnej infrastruktury IT. I nie zmienia tego fakt, że większość osób postrzega te produkty jako wiodące w obszarze PaaS, a współpraca online przy wypełnianiu arkusza w Google Docs&Spreadsheets jest bezdyskusyjnie bardzo efektywna. Między innymi ze względu na kwestie bezpieczeństwa i poufność danych, przedsiębiorstwa w Polsce nie wykorzystują cloud computing jako wiodącego rozwiązania.


Przemyślany dobór partnerów


Większość polskich przedsiębiorstw wdrożyła już podstawowe rozwiązania IT, takie jak systemy ERP czy BI. Część firm ma również wdrożone systemy CRM, PPM, workflow i rozwiązania portalowe. W tym kontekście kluczowy jest wybór grona partnerów IT, którzy będą wspierać firmę przy rozwoju istniejącego środowiska IT. Bardzo często przedsiębiorstwa wpadają w pułapkę, uważając, że duże firmy IT "mogą więcej" i są jedyną realną receptą na bieżące bolączki. W skrajnym przypadku takie podejście może skutkować uzależnieniem się od jednego dostawcy, co sprawia, że to nie przedsiębiorstwo definiuje swoje potrzeby, ale dostawca rozwiązania, który jako jedyny wie, co tak naprawdę zostało wdrożone.


Można zabezpieczyć się przed taką sytuacją, przy równoczesnym zachowaniu efektywności kosztowej, niemniej wymaga to dużej staranności przy definiowaniu wymagań dotyczących nowych rozwiązań IT i twardych negocjacji w trakcie podpisywania umowy z dostawcą. Wzorem Carla von Clausewitza warto zawsze mieć w szufladzie plan B, który umożliwi realizację prac z wykorzystaniem innego dostawcy niż obecny. Warto przy okazji zdywersyfikować swój katalog dostawców IT, umieszczając w nim nie tylko dużych i uznanych, ale również mniejsze, lokalne firmy, którym często dużo bardziej zależeć będzie na końcowym sukcesie wdrożenia i na otrzymaniu referencji. W każdej domenie biznesowej i technicznej warto jest balansować pomiędzy dwoma-trzema dostawcami, po to, aby zapewnić sobie możliwość wyboru i dobrą pozycję negocjacyjną przy kolejnym zamówieniu.


Decyduje szybkość zmian


O przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstwa nie będzie stanowić sukces kolejnego, pojedynczego wdrożenia rozwiązania IT, ale raczej skuteczność w przeprowadzaniu szybkich zmian działającej infrastruktury IT. To szybkość realizacji projektów transformacyjnych będzie decydować o przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstwa. Te projekty transformacyjne będą stale testować efektywność istniejących zespołów architektów, realność wdrażanych paradygmatów SOA w istniejących rozwiązaniach IT i szynach usług oraz efektywność procesów zarządzania zmianą na styku biznesu i IT. Firmy, które zaniedbają te kwestie wcześniej lub później ugrzęzną w gąszczu dużych projektów i zmian, będą ponosiły koszty nieświadomie zaciągniętych długów architektonicznych. Wygrywać będą natomiast te firmy, które zapobiegawczo przygotują się do projektów transformacyjnych i w realizacji obecnych projektów IT będą uwzględniać konieczność przyszłego wprowadzenia zmian oraz długofalową wizję rozwoju.


Adam Koszlajda jest menedżerem w Dziale Doradztwa Biznesowego PwC.

Wyzwania dla polskich miast

1 bln 130 mld zł musi zainwestować ogółem 12 największych polskich miast, by osiągnąć do 2035 roku poziom rozwoju infrastruktury miejskiej porównywalny z obecnie istniejącym w najbardziej rozwiniętych miastach zachodnioeuropejskich.

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200Na świecie coraz większą popularność zyskuje koncepcja tzw. inteligentnych miast (ang. smart cities). W Europie kilka miast rozpoczęło już działania w tym kierunku. Amsterdam wdraża projekt Smartcity, a z polskich miast Katowice przygotowały analizy w tym zakresie.

Idea inteligentnych miast nie jest rozwinięciem idei inteligentnych liczników i inteligentnych sieci przesyłowych (smart meters i smart grid), które są obecnie popularne w sektorze energetycznym. To raczej pomysł na stworzenie miasta, które jest przyjazne mieszkańcom i oferuje im wygodne warunki życia, a jednocześnie jest neutralne dla środowiska naturalnego. Nie zmienia to faktu, że często jednym z podstawowych celów wdrażania koncepcji inteligentnego miasta jest redukcja wytwarzania CO2 oraz zredukowanie zużycia energii. Na przykład, Oslo określiło (według koncepcji PwC) możliwości zmniejszenia zużycia energii o 31% (4 TWh) oraz redukcji emisji CO2 o 400 tys. ton na rok. Są to działania częściowo zbieżne z celami koncepcji inteligentnych liczników i inteligentnych sieci.


W przypadku idei smart cities brak jest jednego standardowego podejścia. Mówimy raczej o różnych cząstkowych programach, które są często realizowane równocześnie i na zasadzie "małych kroków" mają doprowadzić do osiągnięcia celów postawionych przez władze miast. Do takich programów mogą należeć:
- wymiana oświetlenia ulicznego na energooszczędne;
- edukacja mieszkańców w zakresie oszczędności energii i wpływu na środowisko;
- zmiany w gospodarce zarządzania odpadami;
- uruchomienie programów ograniczających lub usprawniających ruch na ulicach.


Pokonać dystans


W kontekście tych tendencji warto spojrzeć na wyniki przeprowadzonego w ubiegłym roku badania PwC: "Wyzwania inwestycyjne głównych miast Polski. Perspektywa 2035". Mimo dużego postępu odnotowanego w okresie transformacji, polskie miasta nadal dzieli ogromny dystans rozwojowy w stosunku do miast zachodnioeuropejskich. W raporcie podsumowującym wyniki badania dokonano szacunkowego wyliczenia skali inwestycji, które musiałyby być zrealizowane po to, by w ciągu ćwierćwiecza (do roku 2035) polskie miasta osiągnęły poziom nasycenia infrastrukturą miejską zbliżony do obserwowanego obecnie w miastach Europy Zachodniej (dotyczy to także infrastruktury teleinformatycznej), zapewniając tym samym swoim mieszkańcom porównywalne do zachodnioeuropejskich warunki życia i prowadzenia działalności gospodarczej. Rok 2035 wybrany został umownie: po 23 latach transformacji gospodarczej Polski (od roku 1989), oznacza on kolejne 23 lata doganiania pod względem gospodarczym Europy Zachodniej.


W ramach prac nad przygotowaniem raportu dokonaliśmy podziału na inwestycje, za które główną odpowiedzialność ponosi miasto oraz na te, które mogą być finansowane przede wszystkim z innych źródeł publicznych lub prywatnych. Przyjęliśmy, że miasta ponoszą główną odpowiedzialność za inwestycje w: sieć komunikacji publicznej, stan ulic, ścieżki rowerowe, szkoły, przedszkola i żłobki, infrastrukturę internetową, system zagospodarowania odpadów komunalnych oraz kanalizację i oczyszczalnie ścieków. Oszacowaliśmy także, iż miasta ponoszą średnio jedną trzecią odpowiedzialności za inwestycje związane z budową i modernizacją szpitali oraz niewielką, trzyprocentową odpowiedzialność za infrastrukturę mieszkaniową. Wszystkie te obszary są przedmiotem opracowań w ramach koncepcji smart cities.


Wyniki badania przeprowadzonego przez ekspertów PwC pokazują, że jeśli w 12 badanych miastach miałaby do roku 2035 powstać infrastruktura miejska porównywalna z obecnie istniejącą w dobrze rozwiniętych miastach Europy Zachodniej, to - biorąc pod uwagę przewidywaną wielkość tych miast - w ciągu całego ćwierćwiecza 2011-2035 trzeba byłoby dokonać łącznych inwestycji sięgających około 1 130 mld zł (w cenach stałych roku 2011). Ta suma uzmysławia, jak ogromny wysiłek w zakresie rozwoju infrastruktury czeka polskie miasta, a jednocześnie pokazuje, jak ogromne pole do popisu jest dla inwestycji w inteligentne miasta.


Wojciech Kuśnierek jest wicedyrektorem Doradztwa Biznesowego w Grupie Energetycznej PwC.

Wydatki firm ICT na badania i rozwój

Po raz trzeci poprosiliśmy uczestników raportu Computerworld TOP200 o podanie wielkości wydatków na R&D, liczby uzyskanych patentów, listy uczelni, z którymi współpracują. Według zebranych danych 92 firmy (60 rok wcześniej), które odpowiedziały na te pytania, wydały łącznie 374 mln zł (270 mln zł).

WIĘCEJ W RAPORCIE COMPUTERWORLD TOP200W tegorocznym zestawieniu nakładów na badania i rozwój uwzględniliśmy 92 firmy, o 52% więcej niż w 2011roku. Należy zauważyć, że w tym samym czasie liczba uczestników rankingu Computerworld TOP200 wzrosła zaledwie o 14% (do ok. 400). W analizie pominęliśmy też 28 firm, które podały, że posiadają działy badawczo-rozwojowe, ale nie określiły wysokości nakładów na R&D. Dane, które otrzymujemy, stają się jednak coraz pełniejsze i coraz bardziej wiarygodne. Inna sprawą jest klasyfikacja tego, co można uznać za działalność badawczo-rozwojową, a co nie, i czy dane te są dobrą miarą innowacyjności polskiej branży teleinformatycznej. Po raz kolejny podsumowujemy jednak wyniki ankiet.

Powolny wzrost nakładów na R&D


Sumarycznie nakłady na badania i rozwój w zeszłym roku wynosiły 270 mln zł, podczas gdy w tym roku osiągnęły już 374 mln zł. Znaczący wpływ na tak duży wzrost miał fakt, że po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na włączenie do zestawienia firm telekomunikacyjnych. Dotychczas nie wykazywały one znaczących nakładów na R&D (za wyjątkiem Orange Labs). Ponad 52% wzrostu nakładów przypada właśnie Orange Labs (Grupa TP). To jedno centrum wydało na badania 54,5 mln zł, plasując się na 3. miejscu w naszym rankingu. Pozostałe firmy telekomunikacyjne znalazły się poza pierwszą 10., chociaż trzy z nich - Focus Telecom, Datera i Platan - znalazły się w pierwszej 20 rankingu, spychając na dalsze miejsca firmy IT. Natomiast tradycyjnie w zestawieniu nie uwzględniliśmy Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK), która jest państwowym instytutem badawczym, więc trudno ją porównywać z przedsiębiorstwami komercyjnymi.


Firmy informatyczne wydały łącznie 307 mln zł na prace R&D. Wykazany przez nie wzrost nakładów wyniósł 14%. Podobny wynik (13,7%) otrzymaliśmy porównując średnie wydatki na badania i rozwój dla 45 firm, które podały dane za lata 2010-2011. Natomiast kwotowo łączne wydatki liczone tylko dla tych 45 firm spadły z 314 mln zł do 309 mln zł. Duży wpływ na ten wynik ma spadek nakładów na badania o 16 mln zł w Asseco Poland i o 2,6 mln zł w Orange Labs. Generalnie więc polski rynek R&D w teleinformatyce rośnie, a coraz większą rolę odgrywają na nim małe innowacyjne firmy. Niestety, rynek ten nadal jest stosunkowo niewielki, więc wyniki największych graczy poważnie zaburzają statystykę.


Czołówka firm inwestujących w działalność badawczo-rozwojową w zasadzie się stabilizuje. Zmiany wynikają głównie z tego, że nowe firmy dostarczają nam dane oraz z włączenia do rankingu firm telekomunikacyjnych. Wśród pierwszych dwudziestu firm znalazło się 12 z pierwszej dwudziestki w roku 2011, 4 firmy telekomunikacyjne i 5 nowych firm. Dwie ostatnie firmy wykazały identyczne nakłady na R&D, stąd pierwsze dwadzieścia pozycji obejmuje 21 firm. Stawkę otwierają tradycyjnie Asseco Poland i Comarch. Trzecie miejsce, o czym już wspomnieliśmy, zajęła Grupa TP, a kolejne Wasko - również nowe w zestawieniu.


Poza tym nie było spektakularnych awansów w rankingu. Największe wzrosty nakładów na badania i rozwój wykazały kolejno MGA (182%), Systemics-PAB (128%) i Management Data Systems (125%). Ale wszystkie te firmy zajmują miejsce w piątej dziesiątce rankingu, a wzrost ich nakładów nie przekracza 0,5 mln zł w każdym przypadku. W pierwszej dwudziestce największy wzrost nakładów odnotowały Unit4 Teta (112%), która jednak spadła z pozycji 3. na 5. ze względu na wejście do rankingu dwóch nowych firm; Globema (91%), która awansowała z pozycji 17. na 15. oraz Asseco Business Solutions (84%), która awansowała z pozycji 8. na pozycję 6.


Największe spadki w rankingu odnotowały trzy firmy z pierwszej dwudziestki: Sprint (97%) - spadek z pozycji 13. na 88., Sputnik Software (64%) - spadek z pozycji 5. na 27. oraz OPTeam (42%) - spadek z pozycji 19. na 42. W każdym z tych przypadków spadek nakładów kwotowo nie przekraczał 2,3 mln zł, co jest porównywalne z budżetem średniego projektu badawczo-rozwojowego w dziedzinie teleinformatyki i świadczy tylko o słabości polskiego rynku teleinformatycznego w tym zakresie. Podobnie jak w latach poprzednich, Grupa Sygnity nie wykazała żadnych nakładów na działalność badawczo-rozwojową, a Grupa ATM jest reprezentowana wyłącznie przez Sputnik Software i, jak już wspomnieliśmy, wypadła z pierwszej dwudziestki.


Liczba firm wydających na badania ponad 10 mln zł rocznie wzrosła do pięciu, a udział trzech największych graczy - Asseco Poland, Comarch i Grupa TP - spadł do 66% całości nakładów, co i tak jest wskaźnikiem bardzo wysokim. Kolejne 10 firm wydało na działalność badawczo-rozwojową od 3 mln zł do 6,5 mln zł. Następne 22 firmy wydały na ten cel 1-3 mln zł, a pozostałe 55 - mniej niż 1 mln zł.


Intensywność finansowania R&D


Średnio każda z 92 firm uwzględnionych w naszym rankingu w roku 2011 wydała na badania i rozwój 9,3% swoich przychodów (w porównaniu z 9% w roku 2010), co dalej jest poniżej średnich dla państw członkowskich Unii Europejskiej (13%) i krajów OECD (15%).


Tylko 25 pierwszych firm w rankingu wykazuje nakłady wyższe od średniej krajowej. Z tego 15 firm nakłady wyższe od średniej UE. Bezwzględnymi liderami w roku 2011 były dwie nowe w zestawieniu firmy: Fibar Group i Datera, które na prace badawczo-rozwojowe przeznaczyły odpowiednio 60% i 50% przychodów. Ubiegłoroczni liderzy nioovo.com i Infosystems nie dostarczyli danych dotyczących nakładów na R&D i nie zostali uwzględnieni w rankingu.


Z zeszłorocznego rankingu w pierwszej dziesiątce pozostały tylko Trimtab (spadek z pozycji 3. na pozycję 5.), Stołeczna Agencja Szkoleniowa SAWA (spadek z pozycji 4. na pozycję 6.) o MGA (pozostała na pozycji 9. jak przed rokiem). Firma Rekord Systemy Informatyczne wypadła z pierwszej dziesiątki (na pozycję 11. z pozycji 4. przed rokiem) mimo zwiększenia nakładów na R&D, ze względu na jeszcze większy wzrost obrotów. Asseco Poland spadło na daleką, 25. pozycję z nakładami na poziomie nieznacznie wyższym niż średnia krajowa (9,4%).


Wszystkie 15 firm wykazujących nakłady na badania i rozwój wyższe niż 13% obrotu, zainwestowało w ten sposób łącznie zaledwie 22,5 mln zł, czyli średnio niecałe 1,5 mln zł, przy największych nakładach w wysokości 4,8 mln zł (Rekord Systemy Informatyczne), a najmniejszych - 100 tys. zł (Stołeczna Agencja Szkoleniowa SAWA).


Przeszło 30% firm wykazało, że do finansowania prac badawczo-rozwojowych korzysta z funduszy i programów Unii Europejskiej. Poziom dofinansowania jest różny i waha się od 0,5% (Ever) do przeszło 80% (Planet Soft i ESA Projekt), przy czym średni poziom wynosi ok. 32%. Kwotowo liderami pozyskiwania środków unijnych w 2011 roku były: Comarch i Asseco Poland (obie firmy po 3,3 mln zł) oraz Globema (2,2 mln zł). Łącznie 28 firm uzyskało z Unii wsparcie w wysokości ok. 20 mln zł (średnio po 719 tys. zł każda). Tylko dwie firmy (Comarch i ITTI) wskazały, że korzystały ze środków innych niż unijne fundusze strukturalne, w tym ze środków 7. Programu Ramowego Badań i Rozwoju UE.


Usytuowanie R&D i patenty


Ogółem 60 firm (65%) wykazało, że prace R&D prowadzi w odrębnym dziale badawczo-rozwojowym. Liczba osób zatrudnionych w działach badawczo-rozwojowych wahała się od 1 (Otago) do 2187 (Asseco Poland). Zadziwiający jest wzrost liczebności działu w Asseco Poland o 82% w porównaniu z rokiem ubiegłym, wynika zapewne z innego zaklasyfikowania działów lub zmiany struktury organizacyjnej. Poza Asseco największe działy R&D miały Comarch (867 osób) i Grupa TP (Orange Labs - 389 osób). Pozostałe 57 firm zatrudniało w działach badawczo-rozwojowych średnio po 13 osób. W sumie 25 firm zatrudniało w takich działach 10 i więcej osób. Zdecydowana większość sklasyfikowanych firm wykazała w roku 2011 takie samo lub wyższe zatrudnienie w działach badawczo-rozwojowych niż w roku 2010. Jednym ze znaczniejszych wyjątków jest Comarch, w którym zatrudnienie w dziale R&D spadło o 5,6% (z 918 osób w roku 2010).


W tym roku osiem firm podało, że patentują swoje rozwiązania lub zgłosiły je do opatentowania. Dotychczasowy lider w tym zakresie - Transition Technologies z Warszawy (8 patentów) spadł na pozycję 5., a wyprzedziły go: Stanusch Technologies (53), Comp (48), Wasko (17) i Grupa TP (15). Pozostałe trzy firmy - Infover, Simple Software oraz Datacom System mają po 1-2 patentów. Jak z tego wynika, w obszarze patentowania aktywnych jest w zasadzie tylko kilka firm i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja w tym zakresie miała się zmienić. Od lat w tej dziedzinie polskie firmy pozostają w tyle za firmami z innych krajów UE.

Informacje Komputery dziewczyny Odloty Reklamy Artykuły biurowe